Hygge – czy duńska sztuka szczęścia jest też moją?

Z czego wynika moje poczucie szczęścia? Może z optymizmu? Zawsze uda mi się w najgorszej nawet sytuacji dostrzec jej pozytywne strony. Może z dobrych relacji z rodziną? Z pracy, z powodu której czasem jest mi rano niedobrze, ale w której jednak dobrze się czuję i mam szansę robić ciekawe rzeczy?  Może. Mam ogólne poczucie spełnienie z wizją, że to co najlepsze jest jeszcze przede mną, kurczowo trzymam się tych emocji, bo przecież nic nie jest wieczne, ale pracuję nad tym aby trwało jak najdłużej.

Pod koniec ubiegłego roku świat zachwycił się duńską sztuką szczęścia. Ja również stałam się jej ciekawa, bo skoro Hygge to  narodowe dobro, skoro ogarnęło duńskich obywateli, to jakoś musi działać, musi być w nim coś odkrywczego, coś co sprawi „byłam szczęśliwa, ale teraz jestem bardziej”.

Postanowiłam odkryć sekret Hygge. Akurat zbliżały się święta i w ramach prezentu poprosiłam brata o książkę Marie Tourell Soderberg „Hygge- duńska sztuka szczęścia”

Czym jest Hygge,  słowo, które w języku polskim nie ma swojego odpowiednika? Znaczeniowo najbliżej mu do „przytulności”, które odczuwamy w chwilach szczęścia, ciepła i bliskości. Każdy rozpoznaje ten stan indywidualnie i mocno intuicyjnie. Ot i cała filozofia.

Autorka- duńska aktorka Marie Tourell Soderberg napisała swoją książkę na postawie rozmów przeprowadzonych z  Duńczykami. Praktycznie cała treść to zapiski tych rozmów czyli opowieści o tym kto i kiedy czuje, że hygguje. I tak na każdej stronie czytamy, że ludzie czerpią radość ze wspólnego spędzania czasu, siedzenia przed kominkiem, czytania książki leżąc pod ciepłym kocem, z codziennego rytuału pieczenia porannych bułeczek, z odwiedzania przyjaciół i wielu innych  zwykłych czynności. Duńska sztuka szczęścia to nic odkrywczego, raczej potwierdzenie znanej już teorii, ze poczucie szczęścia zależy w głównej mierze od poziomu relacji międzyludzkich.

Poczułam, że  nabrałam się na dobry marketing. Ta książka nie pokazała mi niczego czego nie znałabym osobiście. Zapraszanie znajomych do domu, wspólne chwile z dzieckiem, mężem i planszówkami. Czy powinno nas dziwić, że ludzie cieszą się z drobnych rzeczy? Ze spotkań z przyjaciółmi, z tego ze spadł śnieg, z nadchodzącego urlopu? Musimy o tym czytać, aby o tym pamiętać?

Ale czy nie oceniam jednak tej książki zbyt surowo? Może ona nie jest rewolucyjna akurat w Polsce ze względu na charakter naszego społeczeństwa? Czy nie jesteśmy społeczeństwem przywiązanym do tradycji, gościnnym, towarzyskim i wesołym? I choć w ostatnich latach większość z nas jest mocno skupiona na sferze zawodowej, to wciąż priorytetem jest rodzina.. Przynajmniej tak widzę to u siebie i w najbliższym otoczeniu.

Podsumowując: gdybym miała jeszcze raz poświęcić swój czas na czytanie  o tym, że ludzie czerpią radość ze spotkań rodzinnych, wolałabym odwiedzić swoich rodziców, w ten sposób więcej osób czułoby się szczęśliwymi.

A jaka jest Wasza opinia? Czytaliście?

Pozdrawiam

K.

 

sztuka szczęścia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *